Czy strefa komfortu jest na pewno komfortowa?

comfortzone

 

Podobno rozwój zaczyna się tam, gdzie kończy strefa komfortu, czas więc się z niej wyprowadzić. A nawet brutalnie wykopać z niej swoje dupsko.

Moja strefa komfortu przez ostatnie kilka miesięcy ograniczała się do przytulnego mieszkania, nowego materaca, kołdry, kotów, herbaty i książek.  Dzień za dniem, każdy taki sam, depresja nad głową coraz czarniejsza i brak błyszczących wizji przyszłości. Pracy brak, studia niemrawe, zajęć mało, znajomi porozjeżdżani. Marazm totalny. Wstawanie późno jest przyjemne, gdy robi się to dla przyjemności. Wstawanie późno, ponieważ nie ma się po co wstawać – jest złe. Cała ta sytuacja doprowadziła do mocnego postanowienia typu „kurwa mać, zrób coś ze sobą, bo życie Ci ucieka”, tak więc wcześniej nieefektywne poszukiwania pracy zamieniły się w poszukiwanie rozwoju, stażu, wolontariatu, czegoś, co będzie miało sens.

Znalazłam. Staż. Zagraniczny. Mail z CV wysłany, list motywacyjny wyprodukowany. Kilka dni później odpowiedź – zakwalifikowałaś się! Serce w gardle, mózg zwariował. Jadę na rozmowę. Trwała 10 minut, o wszystkim i o niczym, o działalności w stowarzyszeniach, o poprzednich pracach, szybkie sprawdzenie angielskiego. Co mi najbardziej utkwiło w pamięci? Jedna z rekruterek rozmawiała ze mną jednocześnie zawzięcie coś notując nie patrząc nawet na kartkę. Kilka dni później – jedziesz do Włoch!

No to jadę. Na miesiąc. Krótko i długo. Nigdy nie byłam sama na zagranicznym wyjeździe. W obcym kraju, ze słabą znajomością angielskiego. Nie mam pojęcia, czego oczekiwać.

W ten weekend odbył się pierwszy zjazd przygotowujący do stażu.

16 osób

4 kraje

i taka mała ja w tym całym zamieszaniu.

Wrażenia po pierwszym spotkaniu – wszyscy byli na Erasmusie. Mnóstwo osób było na wolontariacie europejskim, każdy coś robi, działa. Wszyscy pięknie mówią po angielsku. Dla większości ten wyjazd jest małym, niezbyt ważnym wydarzeniem w życiu. Bo co to jest miesiąc stażu w porównaniu do półrocznego Erasmusa, czy rocznego wolontariatu.

A ja?… Ja. No właśnie. Co ja? Coś na pewno, jednak przez pryzmat ostatnich miesięcy czuję się niewiele znacząca. Mam nadzieję, że ten projekt, to nowe doświadczenie, to wielkie wyzwanie sprawi, że znowu zobaczę siebie jako aktywistkę, człowieka sztuki i kreacji. Tak, dla mnie to jest duża sprawa.

W końcu wyleciałam ze strefy komfortu. Będzie warto.

M.